środa, 25 marca 2015

Lwów

Ukraina - dobry pomysł na wyprawę?


Od bardzo dawna myślałam, żeby pojechać do Lwowa. Jednak zawsze mówiłam: „kiedyś…”, co oznacza, że szanse na wyjazd są raczej nikłe. Wszystko zmieniło się, kiedy pewnego razu przeglądając ceny PolskiegoBusa, zobaczyłam bilety do Rzeszowa za 15 zł. I tak z Krystianem mieliśmy gdzieś jechać na ferie, więc czemu nie na wschód? Następnie trzeba było zaplanować jakoś dojazd z Rzeszowa do Lwowa. Jak pewnie większość osób, zaczęłam szukać informacji w Internecie, dzięki czemu nasza trasa miała wyglądać tak:

Wrocław – Rzeszów -> PolskiBus (15zł)
Rzeszów -  Przemyśl -> pociąg Regio   (5,2 zł)
Przemyśl -  Medyka -> bus (ok. 2zł)
Szegini – Lwów -> marszrutka (30 hrywien)

Cenowo ok, a długość trasy i kilka przesiadek dla nas nie jest żadną przeszkodą, więc nic tylko jechać!
Miałam dylemat gdzie wymienić pieniądze. W końcu jednak zdecydowałam się na kupienie hrywien w Przemyślu. Na to samo wyszłoby też kupienie ich we Lwowie na rynku.
Jeżeli chodzi o zakwaterowanie, z początku myśleliśmy o tanich hostelach, ale kiedy zobaczyliśmy ceny hoteli to aż żal było nie skorzystać.  Za dwie noce w hotelu 600 m od rynku zapłaciliśmy razem 100 zł. Pokój nowy, z łazienką, Wi-fi miało bardzo dobry zasięg!

Po 12 godzinnej podróży, w końcu dotarliśmy do Lwowa. Marszrutki zatrzymują się przy głównym dworcu kolejowym, więc żeby dojechać do centrum, poszliśmy na tramwaj. W innych krajach mielibyśmy wyrzuty sumienia i pewnie poszlibyśmy na piechotę, ale tutaj bilet tramwajowy kosztował nas… 16 gr! Niesamowite jest to, że ludzie chcący kupić bilet nie idą do przodu ustawić się w kolejce do motorniczego, ale siadają sobie i podają pieniądze przez cały tramwaj. Następnie wraca już skasowany bilet razem z ewentualną resztą.

lwów
Jedna z uliczek centrum


Lwów
Czas się zatrzymał...

Rynek i bazar we Lwowie


Pierwszego dnia zaczęliśmy od zwiedzania centrum. Przeszliśmy się uliczkami dookoła rynku, zauważając wiszące w wielu miejscach flagi ukraińskie i UPA. Ich narodowość biła zewsząd. Ludzie nosili w barwach Ukrainy szaliki, wstążki, przywieszki... W kilku miejscach nawet widzieliśmy billboardy motywujące do walki o kraj. Kiedy poszliśmy na bazar kupić trochę pamiątek, bardzo spodobały nam się te z Putinem – np. papier toaletowy z jego podobizną na każdym listku.

Lwów bazar
Bazar z pamiątkami
lviv
Można było także kupić wycieraczkę do butów z twarzą Putina i napisem "Wycieraj nogi!"
Zachwyceni również cenami pamiątek, ruszyliśmy na wysoki zamek. Jest to wzgórze leżące niedaleko rynku, skąd można podziwiać całe miasto. Biorąc pod uwagę oblodzenie, nie było wcale tak łatwo wejść na sam szczyt kopca. Jak się okazało, samo centrum miasta jest zasłonięte przez drzewa, ale można za to oglądać inne jego dzielnice. Ja bardziej ze zdziwieniem obserwowałam pewnego człowieka, który robił sobie zdjęcie pod flagą  ukraińską stojącą na środku kopca wykonując hitlerowski gest.

Cmentarz Łyczakowski (Orląt Lwowskich) we Lwowie


W drodze na przystanek tramwajowy poczuliśmy lekki głód, więc wstąpiliśmy do mijanego baru na obiad. Płacąc 8 zł za dwie osoby, najedliśmy się i ruszyliśmy dalej na cmentarz Łyczakowski (znajduje się na nim także cmentarz Orląt Lwowskich). Wstęp okazał się płatny – 10 hrywien od osoby + 10 hrywien za możliwość robienia zdjęć.

Cmentarz jest ogromny, długo zajęło nam chodzenie po jego uliczkach. Nagrobki był naprawdę wymyślne oraz zadbane. Żeby zwiedzić cały cmentarz można by spędzić na nim pół dnia. Nie jest on zbytnio oblegany dlatego można odpocząć w nim od zgiełku Lwowskiego miasta.

Przystanek Cmentarz Lyczakowski, warto zwrócić uwagę na naklejki :)

Lwów cmentarz orląt lwowskich
Nagrobek M. Konopnickiej na cmentarzy Lyczakowskim
Lwów cmentarz orląt lwowskich

Lwów
Moskwicz musi być :)
Sklep monopolowy naprzeciw cmentarza 
Wieczorem wybraliśmy się na drugi obiad tego dnia. W końcu w jakimś miejscu mogliśmy czuć się zamożni, a nie biedni. Zamawiając w restauracji przy rynku dwa zestawy hamburgerów z frytkami, pizze Margaritę, duże piwo i colę, wydaliśmy 28 zł.

Lwów

Lwów - powrót do Polski


Trzeciego dnia trzeba było już wracać do Polski. Wybraliśmy ten sam sposób transportu co na początku, tylko niestety tym razem nie udało nam się siedzieć w marszrutce i te dwie godziny jazdy trzeba było stać. Nie było jednak źle, ponieważ wbrew ogólnej opinii podczas tych 80 km prawie cały czas droga była równa, żadnych nierówności! Tylko w jednym mieście trochę telepało podczas jazdy, ale szczerze mówiąc spodziewałam się dziur całą drogę.
Co też mnie zadziwiło, że we Lwowie najlepiej nam się rozmawiało po polsku. Ludzie wtedy uśmiechali się i mówili do nas wolno po ukraińsku.  W hotelu z obsługą komunikowaliśmy się bezproblemowo po angielsku, a z kolei na dworcu kolejowym chciałam poprosić panią w informacji o pomoc po rosyjsku, to odmówiła. 

lwów marszrutka
Marszrutka kursująca między Szegini a Lwowem

1 komentarz:

  1. Ja także zwiedzałam Lwów podczas pobytu w Bieszczadach. Jednodniowy wyjazd do Lwowa z miejscowym przewoźnikiem i niezwykłym lwowskim przewodnikiem na długo pozostał w naszej pamięci. A wybór dojazdu autokarem trafiony...dzięki temu zachowaliśmy podwozie w naszym aucie :)

    OdpowiedzUsuń