wtorek, 14 kwietnia 2015

Erywań + powrót do Kutaisi

Marszrutką do Armenii - pierwsze kłopoty


Z czystego lenistwa zdecydowaliśmy się pojechać z Tbilisi do Erywania marszrutką. Chciałam spokojnie oglądać widoki i posłuchać muzyki.
Kiedy pytaliśmy się ludzi gdzie jest dworzec autobusowy, pokazywali nam na mapie jedno miejsce, więc założyliśmy, że to na pewno tam. A że wydawało się dość niedaleko, postanowiliśmy iść na piechotę. Niestety okazało się, że było to dużo dalej, więc szliśmy około 2 godziny. Kiedy dotarliśmy tam w końcu (mocno sfrustrowani), ucieszyliśmy się, że od razu zgarnął nas kierowca marszrutki do Erywania. Była 12.00, a odjazd był planowany na 13.00. W środku siedziała tylko jedna osoba – był to Niemiec podróżujący po Azerbejdżanie, Gruzji i Armenii.
Siedzieliśmy tak około 2 godziny, po czym kierowca stwierdził, że ponieważ tylko nasza trójka chce jechać, musimy zapłacić po 50 lari. Inaczej musimy czekać do rana na kolejną marszrutę. Po krótkich negocjacjach, w których zostałam tłumaczem (kierowca nie mówił po angielsku, a Niemiec po rosyjsku) , stwierdziliśmy że nie ma innej opcji jak zapłacić tą wygórowaną sumę i pojechać.


Na granicy u Krystiana pojawił się problem z wypuszczeniem go z Gruzji – w paszporcie nie miał pieczątki wjazdowej (na lotnisku pokazał tylko dowód osobisty). Celnicza pytała „Jak Pan się znalazł w Gruzji?!” i zaczęło się wielkie poruszenie. Telefony, wzywanie przełożonych. W końcu jednak udało się… Następnie na granicy Ormiańskiej zostaliśmy wypytani o szczegóły naszego pobytu w Armenii: na ile jedziemy, w jaki rejon, po co, dlaczego, do kogo, skąd i jak długo znamy tą osobę. Dodatkowo pytali się także, kim jest dla mnie Krystian, jak długo jesteśmy razem, dlaczego nie mamy ślubu, kiedy dzieci, itp. W końcu mogliśmy wrócić do naszej marszrutki i czekać już tylko na Niemca.


Jednak on długo nie przychodził, a przecież stał w kolejce bezpośrednio za nami. W końcu poszłam sprawdzić co się dzieje – okazało się, że problem wynikał z pobytu Niemca w Azerbejdżanie jeszcze kilka dni temu, a te dwa kraje mają dość napięte stosunki polityczne i są w stanie zawieszenia broni. Sytuacji nie poprawiał fakt, że Niemiec nie mówił po rosyjsku, więc nie umiał się dogadać z celnikiem. Na zakończenie wszystkich procedur czekaliśmy około pół godziny – wykonywanie wielu telefonów, kserowanie paszportu, wszystkich rezerwacji hotelowych.

Armienia -  stare miasto
Mijane miasto w Armenii

Porzucona fabryka w Armenii

Co jakiś czas przy drodze stały opuszczone posowieckie fabryki

 Trasa śmierci - Co ta marszrutka?!


W końcu, szczęśliwi, znaleźliśmy się w Armenii. Jednak czekało nas dalsze oczekiwanie – kierowca marszrutki poszedł sobie na kawę.
Widoki po drodze były niesamowite. Przejeżdżając przez piękne góry, mijane przez nas miasta, wsie oraz osady przedstawiały widok niczym po epidemii. Sprawiały wrażenie jakby zostały opuszczone jednego dnia przez wszystkich ludzi i tak pozostały na 15 lat powoli niszczejąc. Wszystkie budynki były szare, ponure, często puste o charakterze budowy czysto sowieckim. Niestety zdjęć nie mam stamtąd bo drogi dziurawe a marszrutka jechała bardzo szybko, więc prawie wszystkie wyszły niewyraźne.

Armenia wymarłe miasta

Armenia droga do Erywania

Armenia droga do Erywania

Plaskowyż w Armeni - droga do erywania
Płaskowyż 2500 m n.p.m. Teraz będziemy już tylko zjeżdżać w dół - do Erywania


Dodatkowo moje plany słuchania muzyki podczas jazdy legły w gruzach, ponieważ kierowcy spodobało się, że mam niebieskie oczy i całe 6 godzin mnie zagadywał, śpiewał i recytował wiersze. Przynajmniej mogłam szlifować swój rosyjski :) Co więcej trasa przebiegła dość niespokojnie, ponieważ zarówno styl jazdy kierowcy marszrutki jak i droga pozostawiała wiele do życzenia. Wyobraźcie sobie co musiał czuć biedny Niemiec, któy na codzień jeździ po równych autobanach w swojej ojczyźnie...

Dopiero przed 22.00 dotarliśmy do akademika, gdzie mieliśmy gościć u Rafała, naszego hosta z serwisu Couchsurfing.

Armenia

Monastyr Garni Geghard

 
Drugiego dnia z rana udaliśmy się stopem do Garni Geghard. Zabrał nas kierowca samochodu dostawczego, który rozwoził towary po miejscowych sklepach. Powiedział, że na czas rozładunku możemy sobie pochodzić po świątyni w Garni, a następnie przyjedzie po nas i zabierze do Geghard. Autostop okazał się genialnym rozwiązaniem problemu przemieszczania się w Armeni. Ludzie byli naprawdę pozytywnie nastawieni do nas i ciągle wypytywali o to dlaczego tutaj jesteśmy i szczycili się przewagą Armenii nad Gruzja pod względem atrakcyjności. Dla nas nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, ponieważ zarówno Gruzja jak i Armenia okazały się dla nas krajami, które będziemy bardzo dobrze wspominać.
Geghard Armenia
Droga do Geghard

Świątynia w Geghard
Świątynia w Geghard
Świątynia Geghard to jedno z takich miejsc, w których można się utopić pod nadmiarem przepięknych widoków. Wokół niej rozlegała się wspaniała panorama na pobliskie góry oraz kaniony. Czekając na kierowcę zwiedziliśmy teren świątyni i zakupiliśmy w pobliskim jarmarku Armeński przysmak jakim jest baton na podstawie miodu oraz orzechów. Podziwiając przepiękne widoki i zajadając się słodyczem czekaliśmy na kierowcę, który miał nas zabrać do kolejnego przystanku jakim był Monastyr w Geghard.

Armenia przepiękne widoki


Okazało się, że do monastyru w Geghard pojechał specjalnie dla nas. Tam też wysiadł z nami i oprowadził po całym kompleksie, opowiadając przy tym różne ciekawe historie. Świetny przykład tutejszej gościnności!

Na koniec jak na nieszczęście byliśmy świadkami rytualnego zarzynania baranków jako ofiary. Ewakuowaliśmy się stamąd jak najszybciej by nie uczestniczyć w tym barbrzyńskim obrzędzie i wróciliśmy do Erywania gdzie mieliśmy poraz pierwszy okazję zobaczyć to wspaniałe miasto za dnia.

monastyr Geghard Armenia
Monastryr Garni

Erywań - stolica Armenii


W drodze powrotnej dużo rozmawialiśmy o zwyczajach w Armenii jak i w Polsce, zostaliśmy także wypytani o warunki życia w naszym kraju, o średnie płace oraz o ceny samochodów.
Do centrum dostaliśmy się miejską marszrutką. Przy wysiadaniu jeden miejscowy chłopak, który wysiadał z nami, zauważył że jesteśmy obcokrajowcami i zaproponował oprowadzenie nas po okolicy. Powiedział, że jest studentem medycyny i za 40 minut ma konferencję medyczną, więc ma dla nas chwilę czasu. Byliśmy w dodatku zadowoleni z faktu, że w końcu ktoś rozmawiał z nami po angielsku! Dowiedzieliśmy się różnych ciekawych rzeczy na temat mijanych przez nas budynków oraz pomników. W końcu dotarliśmy do kaskad (na ich szczycie znajduje się punkt widokowy na miasto). Zaprowadził on nas do bocznego wejścia w którym znajdowało się muzeum sztuki oraz RUCHOME SCHODY! Uradowani skorzystaliśmy z nich i po drodze oglądając wystawy różnych dzieł sztuk (od krzeseł i sof wykonanych w kamieniu do samochodu całego oklejonego folią aluminiową),  znaleźliśmy się na samej górze schodów. Niestety chmury zasłaniały widok Ararat’u. Na początku chcieliśmy wytrwale czekać, aż sobie przejdą i odsłonią górę, dlatego rozsiedliśmy się pod górnym ogrodzeniem. Po chwili Krystian zauważył znajomą sylwetkę 
 
– Hej to chyba ten Niemiec z marszrutki!
 
Zaczęliśmy do niego wołać i, po chwili zwątpienia, podszedł do nas śmiejąc się 
 
- Myślę sobie co za głupi ludzie do mnie machają… a, to wy!
 
Chwilę porozmawialiśmy lecz niestety nie trwało to zbyt długo, ponieważ zaczęło trochę padać, więc trzeba było zejść na dół  i rozpocząć następny etap naszego zwiedzania - poszukiwania pocztówek.

Droga wjazdowa do Erywania

Kaskady Erywań
Kaskady w Erywaniu
Erywań Opera
Opera
Wieczorem wróciliśmy zmęczeni do akademika, chwilę pogadaliśmy z Rafałem i padliśmy spać.
Niedziela wielkanocna przywitała nas piękną, bezchmurną pogodą.  Z samego rana (o 10.00) poszliśmy z naszym hostem jeszcze raz na kaskady. Tym razem był cudowny widok na Ararat!
Potem już tylko nadszedł czas na wydanie ostatnich ormiańskich pieniędzy na prowiant i ruszyliśmy w drogę powrotną do Kutaisi. 

Wspaniały widok na Ararat:)

Autostop w Armenii w drodze do Gruzji


Marszrutką 27 wydostaliśmy się na obrzeża Erywania, gdzie złapaliśmy pierwszego stopa. Kierowcą był ormiański aktor! Od niego także dostaliśmy numer na wypadek naszego kolejnego przyjazdu do Armenii. Potem jeszcze jechaliśmy 3 samochodami, aż w końcu udało nam się przejechać…. starą ruską Ładą! W dodatku kierowca zapytał nas, czy piliśmy ormiańskie piwo. Kiedy powiedzieliśmy, że niestety nie, on się obruszył i powiedział, że nie możemy wyjechać z Armenii, nie próbując tutejszego piwa! Po chwili (tzn. w kolejnej osadzie) zajechał pod sklep, w którym kupił 4 piwa i wędzony ormiański ser. My dostaliśmy 2 opakowania wędzonego sera oraz piwo. Jedna też była dla kolegi kierowcy i jedna dla niego samego… Więc sytuacja wyglądała tak:


Jechaliśmy zawiłymi drogami nad przepaściami w Armenii. Starą, ruską Ładą, której kierowca jedną ręką prowadził, a drugą pił piwo, a od czasu do czasu trąbił i machał do przejeżdżającej policji.


Naszym planem było dojechanie w jeden dzień do Kutaisi, ale ponieważ także kolejni towarzysze naszej podróży okazali się bardzo gościnni i zaprosili nas m.in.  do baru na gruzińską kawę, lemoniadę i babeczki (a chcieli jeszcze nas wieźć do swojej wsi, żeby zapoznać nas z ich znajomymi, żonami i dziecimi), musieliśmy na noc zatrzymać się znowu w Tbilisi. 

Rafał załatwił nam nocleg na szybko u swoich znajomych, co nas naprawdę uratowało. Na drugi dzień rano wyruszyliśmy do Kutaisi. Znowu kierowcy zapraszali nas do swoich domów. Jeden tak bardzo nas namawiał, że kiedy powiedzieliśmy, że naprawdę nie możemy, bo mamy tego samego dnia samolot, on nam odpowiedział

- Co za problem, polecicie kolejnym!

Kutaisi (Gruzja)


W końcu udało nam się dotrzeć do Kutaisi. Od razu poszliśmy do informacji turystycznej, a następnie ze zdobytą mapą miasta, wyruszyliśmy na wzgórze, na którym znajduje się katedra. Tam nasze dalsze plany zwiedzania podupadły, ponieważ było tak ciepło, a z polany rozlegał się tak ładny widok na góry i miasto, że postanowiliśmy położyć się na trawie i wypoczywać.
To była bardzo dobra decyzja, ponieważ na drugi dzień Polska przywitała nas temperaturą 0 stopni.
Rzeka w Kutaisi
Kutaisi Katedra Gruzja
Wieża przy katedrze w Kutaisi
Kutaisi Katedra Gruzja

Leżeliśmy tak 1,5 godziny. Za nami pod murami katedry znajdowała się krowa, a cały czas wokół nas spacerował sobie kogut z dwoma kurami.

Wspaniały czas spędzony w Gruzji i Armeni powoli dobigał końca. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że była to jedna z lepszych wpyraw na jaką się zdecydowaliśmy. Początkowo mialiśmy sporo objekcji,, czy podróż autostopem będzie dobrym wyborem i co czeka nas podczas takiej podróży. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że jedynę czego żałuję to to, że tak krótko tam byliśmy! Jedno jest pewne, na pewno kiedyś odwiedzimy jeszcze raz te przepiękne kraje!



Idąc w kierunku restauracji, trafiliśmy na targowisko. Spotkaliśmy tam bardzo miłego starszego pana, który był bardzo podekscytowany turystami z Polski. Pokazał nam, gdzie kupić dobrą tutejszą herbatę i doradził którą wybrać. W oknie jego sklepiku wisiała kartka: ZA PRZYJAŹŃ POLSKO-GRUZIŃSKĄ. Zaopatrzyliśmy się też tam w przepyszną gruzińską lemoniadę z gruszki. 



Khinkali z wołowiną i gruzińskie piwo - pycha! 

Na końcu wylądowaliśmy też w McDonald’s. Musiałam zjeść w końcu coś mięsnego (lub tylko przypominające mięso, nieważne). Ponieważ ja nie jem niczego, co zawiera cebulę, miałam problem ze zjedzeniem czegokolwiek mięsnego w Gruzji i w Armenii. A 7 dni bez mięsa było bardzo ciężkie…
Na lotnisko dojechaliśmy taksówką… autostopem :) Na Kaukazie wszystko jest możliwe! 

24 komentarze:

  1. Piękne miejsce, chyba czas zastanowić się nad wycieczką w te strony... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z każdym zdaniem i zdjęciem Twojej relacji coraz bardziej otwierałam oczy ze zdziwienia.
    Z jednej strony piękne krajobrazy, z drugiej te upadłe fabryki, walące się domy, tory...
    A jeśli chodzi o ludzi tam to własnie słyszałam o tej gościnności. Ponoć jak tam widzą kogoś z "naszych stron" to prawie obowiązkiem jest ugościć wszystkim co najlepsze i przedstawić go do tego przed połową wsi.
    Ale to też ma w sobie coś takiego nie spotykanego już za bardzo. Na pewno fajna przygoda, fajny kierunek... No i jak się okazuje rosyjski też się przydaje. Sama nie umiem zbyt wiele, bo ile można po 3 latach nauki, ale mam nadzieję, że jeśli w końcu wybiorę się w tamte rejony uda się jakoś dogadać.
    Kolejny świetny wpis i zdjęcia. Bardzo inspirują Twoje relacje! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne widoki. Gruzja kojarzy mi się przede wszystkim z Sukhishvili :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, great shots. Have been to Armenia two years ago. It was summer and everything green. So I love to see your spring pictures!!! Great. An you have seen the Ararat!
    All my best
    Elisabeth

    OdpowiedzUsuń
  5. Danke für deinen lieben Besuch und deinen Kommentar. Ich freue mich sehr darüber, dass es dir bei mir gefällt. Und ich freue mich auch, dass du nach Österreich kommst.
    Eine wunderbare Zeit wünsche ich dir
    Elisabeth

    OdpowiedzUsuń
  6. Trawa całkiem smacznie wygląda.

    OdpowiedzUsuń
  7. One more great trip! Your pictures are fantastic dear :)
    www.travelera.es

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hi Sweetie!!
      I need to ask you a favour... could you like my picture in Instagram where I look really ugly? this is a competition and I need likes of my friend bloggers, also we could follow each other in Instagram so we keep in contact:) My IG is @travelera.es
      Thank u so much!! xxx
      www.travelera.es

      Usuń
  8. lovely post!

    http://www.itsmetijana.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Te zdjęcia są zawsze takie piękne, że zżera mnie zazdrość :D

    http://triviaaboutme.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. wspaniała podróż, przygoda warta przeżycia, a Gruzja to na razie moje małe marzenie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Niesamowite zdjęcia i wspaniała przygoda :)

    OdpowiedzUsuń
  12. musiało być ciekawie :)

    http://fashionelja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. niesamowicie przedstawiłaś to wszystko za pomocą zdjęć

    OdpowiedzUsuń
  14. Pierwsze zdjęcia - dosyć przytłaczające, ale już Kutaisi mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  15. „Nie problem, polecicie kolejnym!” <3 Gruzja w jednym zdaniu :D

    OdpowiedzUsuń
  16. ale extra zdjecia';d

    http://kataszyyna.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  17. Ładnie tam jest , przyznaję. Jednak ja chyba bym się nie zdecydowała na taką podróż, za dużo przeżyć po drodze . :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Dosyć egzotyczny kierunek. Czym się kierowałaś przy jego wyborze?

    OdpowiedzUsuń
  19. Lubię takie tupu postu, super fotorelacja ;)

    http://sk-artist.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń