środa, 8 kwietnia 2015

Gruzja cz. 1 - Batumi


Pierwotnie wypad do Gruzji planowaliśmy na wrzesień, jednak po znalezieniu tanich biletów na święta wielkanocne, doszliśmy do wniosku, że warto zmienić plany i kupić od razu bilety. Tak więc 30 marca wylecieliśmy z Katowic do Kutaisi. Nasz plan zakładał:

1 dzień – lotnisko w Kutaisi-> Batumi
2 dzień – Batumi –> Tbilisi
3 dzień – Tbilisi
4 dzień – Tbilisi-Erywań
5 dzień – Erywań
6 dzień – Erywań -> Kutaisi
7 dzień – Kutaisi -> lotnisko

Ponieważ wylądowaliśmy w Gruzji już o 6 rano i było jeszcze ciemno (+ deszcz), nie uśmiechało nam się iść od razu na stopa, więc postanowiliśmy położyć się na „kanapach” na lotnisku i przespać się aż całkowicie się rozjaśni. Co chwila jednak podchodzili do nas taksówkarze i kierowcy marszrutek oferując podwózkę gdziekolwiek byśmy chcieli. Proponowali m.in. przejazd do Batumi za 20 lari (co jest bardzo dużo, ponieważ wystarczy pójść na ulicę przy lotnisku i złapać jadącą marszrutkę już za 10 lari). Nie wystarczało im jednak powiedzieć nie. Oni nagabywali długo i trzeba było powtarzać kilka razy i stanowczo, że chcemy jechać stopem do Batumi i nie interesuje nas transport za jakiekolwiek pieniądze. Nawet to ich nie zniechęciło, ponieważ wtedy zaproponowali zawieźć nas za 10 lari do Samtredii (ok. 13km), gdzie według nich staje autostop. To nic, że za tyle samo dojechalibyśmy do Batumi…

Kiedy się rozjaśniło,  poszliśmy łapać stopa. Po 2-3 minutowym oczekiwaniu na bardzo mało ruchliwej drodze zatrzymał się Gruzin jadący do pracy do Samtredii. Mogliśmy z nim nawet rozmawiać po angielsku :) Był bardzo podekscytowany, że przyjechaliśmy do jego kraju aż z Polski, opowiadał nam co musimy koniecznie zobaczyć i zjeść. Kiedy poprosiliśmy, żeby wytłumaczył nam czym są khinkali, było mu bardzo ciężko wytłumaczyć i chciał jakoś pokazać to rękami, co jednak dało dość zabawny efekt i w końcu machnął ręką. Wysadził nas na skrzyżowaniu w stronę Batumi i jeszcze jak odjeżdżał trąbił na nas i machał do nas z daleka.



Na kolejnego stopa nie musieliśmy też długo czekać. Na nasze szczęście zatrzymał się tir z Turcji, który jechał bezpośrednio do Batumi. Przy próbie nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z kierowcą okazało się, że nie mówi ani po angielsku, ani po rosyjsku – tylko po turecku. Także nasza wspólna 3 godzinna podróż nie należała do zbyt rozmownych, ale od czasu do czasu coś do nas próbował mówić zbitką kilku języków. Z reguły denerwował się na ludzi, na drogi, na kierowców.  Poza tym mówił, że nie cierpi Gruzji – gdyby nie praca, wcale by tu nie przyjeżdżał.
Dość zabawne były sytuacje, kiedy po drodze spacerowały sobie krowy – wtedy kierowcy stawali, włączali światła awaryjne i czekali aż  będzie można jechać dalej. Jak okazało się później, takie widoki nie należały do rzadkości -  zarówno jak na terenie Gruzji, jak i Armenii. Co więcej, po kilku takich przypadkach, przestało nas to dziwić.



Po około 3 godzinach szybkiej jazdy tirem, dotarliśmy do Batumi. Od razu szok – stan budynków przywodził na myśl widoki z krajów trzeciego świata. Byliśmy umówieni z naszym hostem w centrum miasta, więc trzeba było kawałek przejść. Na początku minęliśmy targowisko, gdzie kupiliśmy przepyszne chaczapuri.


Po zostawieniu naszych rzeczy w mieszkaniu hosta, poszliśmy na wybrzeże przejść się wzdłuż nadmorskiej promenady. Miasto sprawiało dziwne wrażenie – z jednej strony super nowoczesne i wysokie budynki, a z drugiej stare, prawie rozpadające się bloki. Co więcej, wiele nowych wieżowców jest jeszcze niedokończonych, ale nie przeszkodziło to w żaden sposób zamieszkaniu tam ludzi. 



Spacerując wzdłuż plaży od razu widać, że wszystko co najlepsze w mieście skupia się właśnie tutaj – najładniejsze i największe budynki, aquapark, restauracje, pomniki.

Jest tutaj szeroki chodnik oraz droga rowerowa. Jednak większość pieszych chodziła po drodze rowerowej, a rowerzyści jeździli chodnikiem.  Nie ma jednak wiele ludzi, miasto wydaje się trochę wymarłe. W końcu sezon turystyczny jeszcze się nie zaczął.




Między starym a nowym bulwarem znajduje się park, gdzie jest plac zabaw i figury postaci z popularnych bajek. W tym miejscu do naszej wyprawy dołączył bezdomny pies. Był bardzo chudy, aż widać mu było żebra. Niestety nie mieliśmy co mu dać do jedzenia a w pobliżu nie było żadnego sklepu. Chodził za nami jeszcze około pół godziny patrząc na nas smutnymi oczyma, aż w końcu pobiegł do innych ludzi. Później dowiedzieliśmy się, że niedaleko od tego miejsca są dobrzy ludzie, którzy karmią takie psy. 


Także na końcu starego bulwaru znajduje się ulica Marii i Lecha Kaczyńskich – prowadzi ona w stronę lotniska w Batumi.
Wracając, postanowiliśmy zejść z bulwaru i przespacerować się piękną, szeroką i kamienistą plażą. Krystian nawet próbował wejść do wody, ale z marnym skutkiem  :) 




Po  onieważ bpołudnie, a dalej nie dalej nie mieliślkunastu) tą plażą, a Krystian próbował wejść do morza :)dzi. przejściu kilku kilometrów (a pewnie nawet kilkunastu) postanowiliśmy trochę odpocząć. Idealne do tego nadawały się duże kamienie-ławki. Położyliśmy się na nich i wygrzewaliśmy w ciepłym słońcu. Przy okazji zadzwoniliśmy do Giorgiego i umówiliśmy się z nim na obiad.  


Poszliśmy do przybrzeżnej restauracji i zjedliśmy adżarskie chaczapuri oraz khinkali. Do tego zamówiliśmy pyszne gruzińskie piwo. W końcu też mieliśmy okazję dłużej porozmawiać z naszym hostem – o życiu i sytuacji w Gruzji oraz o ich obyczajach. Giorgi opowiadał także o swoich górskich wyprawach po Kaukazie i wtedy postanowiliśmy koniecznie wrócić do Gruzji, ale tym razem właśnie góry.
W drodze powrotnej stały budki, w których można było wygrać maskotkę strzelając do celu. Okazało się, że Giorgi był lekko uzależniony od hazardu i nie mógł obojętnie przejść obok maszyny lub stoiska, w którym było można coś wygrać. Spróbował więc szczęścia w strzelectwie, które ku naszemu zdziwieniu poszło mu wyśmienicie. Na 10 strzałów oddał 9 celnych, dzięki czemu wygrał zabawkę – pluszowego królika, którego podarował mi na pamiątkę.   W dalszej rozmowie wyjaśnił się jego talent do strzelectwa, po prostu w młodości był myśliwym. 



9 komentarzy:

  1. Znam osoby, które są Batumi po prostu zachwycone oraz takie, które darzą to miasto mieszanymi uczuciami. Mam nadzieję, że będzie mi kiedyś dane przekonać się o tym wszystkim na własnej skórze, bo wciąż do Gruzji mi nie po drodze. Dobrze, że jednak sporo osób tam jeździ i przywozi swoje relacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko chyba zależy od oczekiwań. Ja zakochałam się w Gruzji, a Batumi jest właśnie dziwne - z jednej strony stare sowieckie bloki, a przy plaży nowiutkie budynki, jakich nawet u nas nie ma. Ale to właśnie sprawia, że to miasto jest tak interesujące :)

      Usuń
  2. Mi się w Batumi podobało, mimo że nie jest to piękne miasto. Ale ma coś w sobie, jest jedyne w swoim rodzaju. A ci taksówkarze w Kutaisi to masakra. Czekałam na kumpelę, która miała po mnie wyjechać a oni męczyli mnie, że ona nie przyjedzie, że cośtam, strasznie namolni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, ma ono w sobie coś takiego, że jednak się podoba. Dużo bardziej wolę Batumi od Tbilisi, bo nie ma tam aż tak widocznych sprzeczności.

      Usuń
  3. A gdzie zdjęcie upolowanego królika ?? :)))
    Gruzja to jeden z tych krajów do których muszę wrócić, z racji tego że potraktowałem go bardzo po łebkach, a wiem że jest bardzo ciekawy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety zdjęcia nie ma, chociaż królik jest cały czas koło mojego biurka :) My też na pewno wrócimy i do Gruzji, i do Armenii. To są naprawdę niesamowite kraje..

      Usuń
  4. Gruzja jest zawsze cudowna! A jak następnym razem polecicie, to polecam Wam Swanetię! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno pojedziemy! Bo na Kaukaz trzeba wrócić, on przyciąga :)

      Usuń
  5. Oj dość oryginalne miejsce ;p

    OdpowiedzUsuń