wtorek, 19 maja 2015

Norwegia - wycieczka na Trolltungę


Język Trolla - początek niezwykłej przygody!


Będąc w lipcu w Norwegii u wujka, pojechaliśmy na dwudniową wycieczkę na Język Trolla.
Od Oslo jest to około 350 km. Nasz początkowy plan zakładał wyjazd o 7 rano, ale jakoś tak wyszło, że dopiero przed 9 byliśmy na trasie. Stwierdziliśmy, że szybko dojedziemy bez zbędnych przystanków i o 15 wejdziemy na szlak (a przecież ciemno dopiero robi się po północy).



Dojazd na Język Trolla z Oslo


Na początku podjechaliśmy pod wyspę Utoyę, gdzie 22 lipca 2013 roku Breivik zmordował wiele młodych osób. Na wprost niej znajduje się dom – ciekawe jak to jest budzić się co rano i widzieć to miejsce…




Następnie mijając Dramen wjechaliśmy na Spiralen – jest to spiralny tunel (6 okrążeń), którym wjeżdża się na punkt widokowy.




Ponieważ w Norwegii większość dróg jest krętych, jeździ się tam bardzo wolno i rzadko jest możliwość wyprzedzania. Nie raz utknęliśmy za jakimś kamperem (najczęściej na niemieckich tablicach).




Widoki za oknem były wspaniałe. Ponieważ postanowiliśmy mało się zatrzymywać, większość zdjęć musiałam robić z samochodu. A kiedy tylko widzieliśmy zbliżający się tunel, wszyscy robiliśmy się zdegustowani.
Raz po wyjeździe z tunelu ukazał nam się tak wspaniały widok, że postanowiliśmy się zatrzymać i chwilę pospacerować. Na ścieżce znalazłam nawet jednego angielskiego funta :)

Stwierdziliśmy, że coraz bardziej goni nas czas i absolutnie nie możemy się już zatrzymywać. 







Jechało się wspaniale, może tylko z takim niedosytem, że nie możemy się zatrzymywać w każdym miejscu, gdzie byśmy chcieli (czyli co chwila). W pewnym momencie zobaczyliśmy przed nami kolejny tunel – tylko nie znowu! – ale tym razem postanowiliśmy nadłożyć drogi i go objechać.
To była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Droga była piękna! Góry, jeziora, śnieg…  W dodatku świeciło słońce i temperatura wynosiła ponad 25 stopni! 

Co mieliśmy zrobić w takim miejscu? Postój!





W końcu zmusiliśmy się do dalszej drogi. Z okna robiłam  zdjęcia mijanych wodospadów, które co chwilę się pojawiały.



Pod koniec drogi znajdują się dwa bardzo duże wodospady. Szum wody był niesamowity. Ciężko było nawet zrobić jakiekolwiek zdjęcie, bo zachlapało mi obiektyw. Jednak atmosfera już nie była ta sama co wcześniej, było w tym miejscu wiele ludzi, a oprócz tego stało kilka straganów z pamiątkami (a nas w Norwegii na nic nie stać, więc przeszliśmy koło nich obojętnie). 


Szlak na Trolltungę

W końcu trafiliśmy na parking przy szlaku na Język Trolla. Była co prawda 17.00, ale cóż. Szlak ma długość 11 km, więc nie powinniśmy długo iść.
Już na samym początku dostaliśmy kubłem zimnej wody – pierwszy kilometr to droga po kamiennych schodach (a najczęściej luźno ułożonych kamieniach). I tak musimy zrobić 600 m do góry. Uważam, że mam dobrą formę, przecież dużo się chodzę po górach, a tam przed oczami robiło mi się czarno i zupełnie słabo. Pierwszy raz miałam tak, że chciałam zawrócić ze szlaku…
W końcu udało mi się dojść na szczyt schodów. Dalej droga była już bardziej płaska, ale także kamienista. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż na jakimkolwiek szlaku w Polsce.



Widoki były wspaniałe. Spotkaliśmy też trochę Polaków (jak zresztą wszędzie), którzy jak 99,9% ludzi (0,01% to my) schodzili już ze szlaku i patrzyli na nas ze zdziwieniem, dlaczego o tej godzinie idziemy w tą stronę. Niektórzy pytali, czy idziemy nocować przy Języku Trolla. Wtedy zaczęliśmy się trochę niepokoić :)
Po drodze nie było w ogóle roślinności. Cały czas kamienie, czasem trochę trawy. I co nam uratowało życie – wiele górskich strumyków.  

W końcu dotarliśmy! Ale zamiast od razu iść na skałę, trzeba było, jak na Polaków przystało, zjeść kabanosy i jajka na twardo :) 


Dzień przed przyjazdem tutaj nie mogłam spać (pomijając, że do 2 w nocy oglądaliśmy całą czwórką głupie filmiki na Youtube), ponieważ bałam się, że spadnę z Języka Trolla.  A to w końcu ponad 600m :) Wtedy postanowiłam, że nie wejdę na skałę. Ale jak już tam byłam, to pomyślałam sobie: Jechałam tutaj ponad 6 godzin, szłam 3,5 godziny morderczą trasą i wszystko na nic?
Więc weszłam.
Wtedy chyba uderzyła mi do głowy wielka adrenalina, że postanowiłam usiąść na krawędzi. A że chciałam mieć ładne zdjęcie, spojrzałam w dół. I to już był błąd. Z moim lękiem wysokości nawet na drugim piętrze, to nie był najmądrzejszy pomysł.

Ale skoro teraz to piszę, wszystko dobrze się skończyło – nie spadłam! 




W drogę powrotną wybraliśmy się po 21. Słońce już schylało się ku zachodowi, dzięki czemu widoki były teraz jeszcze piękniejsze.
Poza tym o tej godzinie już praktycznie nikogo nie było na szlaku, więc bardzo komfortowo.




Ponieważ na szlaku nie ma żadnych drzew ani innych miejsc, gdzie można by było zaznaczyć szlak, układa się tam stosiki kamieni, z czerwoną literą „T” na tym na samej górze.  Przypomniała mi się  wtedy bajka Dobranocny Ogród, kiedy Maka Paka mył(a) kamienie: klik




Krystian o północy :)
Ostatnie 3 km były ciężkie – zrobiło się szarawo i nie widać było gdzie jest szlak. A że jesteśmy wytrawnymi podróżnikami, nie mieliśmy latarek.
Kiedy zaczęło się zejście schodami w dół, które było bardzo strome, śliskie i w dodatku w ciemnym lesie, zrobiło się naprawdę strasznie. Ja jeszcze wtedy byłam przed korekcją wady wzroku i po ciemku nie widziałam prawie nic, zwłaszcza jak patrzyłam w dół. A z boku przepaść niczym niezabezpieczona :)
Nie wiem jak zeszliśmy. Co prawda wtedy już włączyliśmy latarki w komórkach, ale one raczej nie są dobre.
Kiedy zeszliśmy na parking, po raz pierwszy w życiu prawie popłakałam się z ulgi że żyję.
Było chyba przed 1 w nocy, umyliśmy się w parkingowej łazience i poszliśmy spać. Marcin, Krystian i ja w samochodzie, a wujek w karimacie na ziemi przy samochodzie (na początku śmialiśmy się z tego pomysłu, ale koniec końców to on się jedyny z nas wyspał).

Powrót do Oslo


Pobudka o 5. Droga powrotna. Ja kolejny raz zapomniałam tabletek przeciwbólowych, a znowu złapała mnie migrena, więc zapowiadało się świetne 6 godzin jazdy. A że była niedziela, wszystkie sklepy pozamykane… 
Nie chciałam spać w drodze, szkoda mi było mijanych widoków. 



Wujek spoglądający w 200 m przepaść
Po drodze zajechaliśmy też pod jeden z większych wodospadów Norwegii. Ponieważ byłam wtedy już trochę nieżywa, mało z tego pamiętam. 



Po drodze zrobiliśmy sobie prowizorycznego grilla. Kiedy chłopaki go rozpalali i przygotowywali, wujek zdrzemnął się na trawie a ja leżałam na ławce w cieniu modląc się o koniec bólu głowy.

Obiad był all inclusive- mieliśmy kilka kiełbas, chleb, roztopiony ser żółty, rozlaną margarynę i  paluszki. Ale nie narzekaliśmy – wszystko nam bardzo smakowało (tylko tej margaryny nie ruszaliśmy).



Zatrzymaliśmy się jeszcze na końcu w jednym mieście, a potem już dojechaliśmy do Oslo.

Ta wycieczka była najlepsza na jakiej byliśmy!




18 komentarzy:

  1. Wspaniałe widoki, godna pozazdroszczenia wycieczka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze mnie ciagnelo do Norwegii, bo ja lubie polnocne kraje, a wyobrazam sobie ze powietrze tam jest tak krysztalowe, ze widoki sa bardzo wyraziste, no i zdjecia tez. Nie bylam w Norwegii, byla w Szwecji...jeszcze tam pojade. Piekny Twoj reportaz, serdecznie pozdrawiam z Kanady ciagle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei nie byłam jeszcze w Kanadzie, a bardzo mnie tam ciągnie :)

      Usuń
  3. Widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam takie wycieczki :) :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudnie! podziwiam Was za odwagę :) Czekam na więcej! <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Pokazujesz mi piekno Skandynawii. Dziekuje Ci za to :)

    Pozdrawiam
    http://dookola-swiata-w-jeden-dzien.blogspot.ch/

    OdpowiedzUsuń
  7. Nice post as always! :)
    Kisses,
    Tijana

    http://itsmetijana.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Rany.. zaparło mi dech w piersi. Wspaniałe widoki. Gratuluję ci, że jednak się zdecydowałaś usiąść na tej skale. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na taki wyczyn. Pamiętam jak byłam w Meteorach i bałam się podejść bliżej krawędzi. Brr... zimno przechodzi na samą myśl. I ta twoja migrena. Znam ten ból, bo sama go miewam, dlatego brawo dla twojej wytrwałości.

    pozdrawiam
    http://edzia-photoamator.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo fajny post :* wy-stardoll.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Szacunek za wystartowanie o 17:) Jakbyś miała okazję jeszcze kiedyś tam wrócić to polecam z namiotem i oczywiście nocleg nad językiem:) widok zachodzącego słońca w tym miejscu bezcenny:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak kiedyś będziemy tam znowu, to na pewno weźmiemy namiot :)

      Usuń
  11. Świetnie piszesz, przez chwilę nawet poczułam się trochę tak, jakbym była w Norwegii (ale tylko troszkę, niestety...). Wspaniałe zdjęcia, zazdroszczę widoków. Kiedyś schodząc z Wołowca zastała nas noc w Tatrach, miałam co prawda latarkę czołówkę, ale i tak było bardzo ciemno, więc podziwiam za zejście przy świetle z komórki. Pozdrawiam, na pewno jeszcze tu wrócę :) A gdybyś wybierała się w Tatry, to zapraszam do mnie po inspiracje ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już sobie kupiłam latarkę czołówkę... A w Tatry jedziemy w tym roku :)

      Usuń
  12. Piękne ujęcia! Bajkowe krajobrazy i kolory, bardzo chciałabym kiedyś stanąć na "Języku Trolla", chociaż pewnie, podobnie jak Ty, bym się mocno obawiała (o patrzeniu w dół nie wspominając). Rozbawiło mnie zdanie, że spotkaliście tam Polaków, jak wszędzie -faktycznie, na rodaków można się wszędzie natknąć! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Języku Trolla czułam taką adrenalinę, że praktycznie zapomniałam o strachu :)

      Usuń