środa, 28 października 2015

Larnaka - pożegnanie z Cyprem

Larnaka to kolejny przystanek na Cyprze, który udało nam się odwiedzić. Jest to miasto turystyczne, gdzie życie tętni przy głównej promenadzie wzdłuż plaży. Im dalej, tym bardziej miasto pustoszeje i traci na rozmachu. 
Ale wróćmy do sedna, do Larnaki wyruszyliśmy z samego rana w dniu naszego wylotu. W planach mieliśmy zwiedzić miasto, a później przejść się do słonego jeziora w którym powinny być flamingi, a stamtąd już prosto na lotnisko.
 Zapowiadała się bardzo fajna podróż, jednakże jak to z nami bywa, skończyła się dość zabawnie :)



Po zdjęciach co uważniejszy czytelnik zobaczy, że jest to typowe miasto portowe, w zabudowie nie różniące się prawie w ogóle z greckimi miastami. To prawda, też to zauważyliśmy i nie byliśmy zbyt z tego powodu ucieszeni. Jeszcze na domiar złego utrzymywał się pył po burzy piaskowej, dlatego widoki mieliśmy dość mgliste.



Tak jak wspominaliśmy, były to godziny poranne, więc turystów na szczęście było niewielu. Niestety mieliśmy ze sobą bagaże tak więc tym razem nie mogliśmy zakosztować dobrodziejstw plaży. A było bardzo gorąco tak więc nieraz mieliśmy ochotę rzucić wszystko i wbiec do wody. Jednak nie tym razem.




Idąc wzdłuż promenady nie sposób nie zauważyć fortu obronnego. Jest to jedna z głównych atrakcji Larnaki, pochodząca z XIV wieku, zbudowana za czasów panowania James'a I. W środku znajduje się muzeum z licznymi eksponatami artyleryjskimi, bronią oraz przedmiotami związanymi z życiem codziennym w forcie. Można było też wejść na mury i podziwiać z nich miasto oraz wypatrywać statków na horyzoncie.


To zdjęcie idealnie obrazuje Larnakę :) Od strony promenady, czyli wystawowej części miasta, wszystko w ładzie i porządku, zaś od kuchni każdy widzi jak jest...




Kolejną atrakcją, którą zwiedziliśmy, była cerkiew św. Łazarza. By wejść do środka trzeba było obowiązkowo założyć okrycie ramion oraz nóg. Do tego służyły specjalne fartuchy, które były dostępne przed wejściem. W środku można zobaczyć święte obrazy, pokryte niewiarygodnymi ilościami złota i innych szlachetnych kruszców. Moim skromnym zdaniem, sam obraz, jego przekaz i piękno gubi się w tym przepychu. Człowiek bardziej jest skupiony na tych wszystkich zmyślnych ozdobach niż samym obrazie. Przyznaję, że robi to wrażenie i budzi wewnętrzny szacunek, jednak wydaję mi się, że coś jest kosztem czegoś.
W cerkwi znajdują się także relikwie świętego Łazarza, zarówno i jego grób. Według historii, Łazarz został wskrzeszony przez Jezusa Chrystusa i trafił na Cypr, gdzie przez wiele lat był biskupem Kition (dawnej nazwy Larnaki). Święty Łazarz jest także patronem rzeźników, grabarzy, trędowatych, żebraków oraz zakonu lazarytów.




Od tej pory zaczęła się nasza "Odyseja przez Larnakę". Niestety pogoda tak dawała nam popalić, że często musieliśmy robić postoje w cieniu i chwilę odpocząć. Podróż utrudniały także wypełnione plecaki i unoszący się w powietrzu pył.




Nieraz gubiliśmy się w gąszczu uliczek, gdzie wszystko wygląda identycznie. Niektórzy mówią, że najlepiej się zgubić, bo wtedy poznaje się najbardziej miasto. Też tak uważam, ale wtedy nie było nam zbyt wesoło :)



W tym momencie wiedzieliśmy że na pewno się zgubiliśmy. Jedyną dobrą stroną było to że po drodze znaleźliśmy market z klimatyzacją w którym mogliśmy chwile odetchnąć i kupić sobie coś pożywnego, a co najważniejsze - zimny sok!:) Małe rzeczy a cieszą :)




Punktem kulminacyjnym było znalezienie się znowu koło cerkwi Św. Łazarza. Tylko że od innej strony... Tutaj spotkaliśmy Pana, który karmił gołębie, zaraz przy tabliczce "Please, don't feed pigeons", tak więc życie na krawędzi :) Od tej pory kierowaliśmy się mapą i wyruszyliśmy tym razem w dobrym kierunku ku lotnisku.




Kolejnym punktem docelowym okazała się kolejna świątynia o nazwie "Panagia Faneromeni". Jest to kościół zbudowany w XIX wieku i z tego co pamiętam znajdowały się przy niej jakieś pradawne katakumby, związane z pewnym historycznym wydarzeniem. Niestety jak człowiek czegoś nie zapisze to zapomni... Ale może ktoś z Was wie?:)




Blisko kościoła znajdował się park. Był on dość opustoszały jednakże był w nim cień dlatego spędziliśmy w nim 10 minut na szybką regenerację. Zapytacie może dlaczego tylko 10 minut? Bo niestety w cieniu grasowało pełno insektów i wkurzających much.

Trzeba było niestety wyruszać dalej. Ku słonemu jezioru flamingów :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz