wtorek, 3 listopada 2015

Słone Jezioro w Larnace

Ostatni post zakończyliśmy na inwazji owadów w cieniu parku. (Larnaka) Nie był to jednak koniec naszej przygody, wręcz przeciwnie, dopiero się ona zaczynała. Największą atrakcją miało być dla nas słone jezioro, które jest pozostałością po morzu i czasach gdy te jeszcze penetrowało ląd. Żeby wprowadzić do posta trochę wartości edukacyjnej, nadmienię że taki rodzaj jeziora nazywa się jeziorem przybrzeżnym.




Żeby się tam dostać musieliśmy przejść się jeszcze kawałek i dotrzeć do największego parku w Larnace. Leży on przy jeziorze, jednakże jest bardzo rozległy, więc trochę czasu spędziliśmy by dostać się na właściwą alejkę, a z niej bezpośrednio na wał. Pogody mieliśmy już mocno dosyć i zgodnie stwierdziliśmy, że nie będziemy już więcej narzekać na trochę chłodu w Polsce :)




Park nie był czymś na co szczególnie chcieliśmy zwrócić uwagę, ponieważ był on mocno wyschnięty i monotonny. Co ciekawe, na końcu parku znajdowała się baza wojskowa. Na początku nie za bardzo wiedzieliśmy co to jest, więc kilkanaście minut mogliśmy snuć domysły, czy to więzienie, czy jakiś obóz lub inne cudo.




Jak wspominaliśmy już wcześniej, pogoda była naprawdę bezlitosna. I to nie tylko w tym dniu, ale przez kilka miesięcy na Cyprze panowała susza. Ziemia była wyschnięta i popękana. Nawet jezioro mocno na tym ucierpiało ponieważ poziom wody był drastycznie niski. Dlatego nasze morale jeszcze bardziej podupadły... Całą drogę przeszliśmy by zobaczyć wspaniałe jezioro, a okazało się, że jedyne co zastaliśmy to słone błoto i w oddali trochę wody. Oczywiście flamingów też nie było...







No nic, trzeba było wziąć się w garść i iść dalej, na lotnisko. Sprawdziliśmy trasę na mapie i wyruszyliśmy wzdłuż brzegu. Po naszej prawej stronie widzieliśmy wyschnięte jezioro, które co krok przypominało nam jak bardzo jest gorąco. Trochę czuliśmy się jak na pustyni i odległe refleksy wodne były tylko naszą halucynacją. Co więcej, podczas tej pogody bardzo ciekawie zachowała się kora drzew. W niezykły sposób została powykręcana, jakby drzewo chciało jeszcze wycisnąć z niej ostatnie porcje wilgoci.






Po lewej stronie było widać obóz wojskowy. Nie widzieliśmy natomiast żadnego żołnierza, dlatego przypuszczamy, że była to opuszczona baza lub miejsce szkoleniowe.







Po obejściu jeziora znaleźliśmy punkt edukacyjny z historią powstania tego zbiornika wodnego i jego wykorzystania. Okazało się, że przez bardzo długi czas służyła ona mieszkańcom Cypru jako źródło soli morskiej, która rozprowadzano na całym jego terenie. Dowiedzieliśmy się też dlaczego nie ma flamingów, niestety przylatują tylko na zimę i żywią się krewetkami słonowodnymi. Pomimo dużego zasolenia jednak żyją tam jakieś formy życia :)



Co nas mocno zdziwiło to odcień wody po tej stronie brzegu. Kolorem przypominał  krew i co dziwne, takiego koloru była jedynie woda, a piasek na plaży już nie. Dzięki temu kontrast był jeszcze mocniejszy, co tylko potęgowało efekt. Dlaczego tak się dzieje? Niestety nie wiemy. Może za sprawą roślinności i niskiego poziomu wody, przez co zagęszczenie barwnika jest większe, lub jakichś złóż mineralnych które barwią wodę? Ktoś z was może ma jakąś wizję na temat tego zjawiska?





Lotnisko na nasze nieszczęście okazało się sporo dalej niż przepuszczaliśmy. Dotarliśmy do niego cali brudni i zakurzeni, na dodatek niemiłosiernie spoceni. Po raz pierwszy więc musieliśmy skorzystać z dobrodziejstw toalety na lotnisku i się jakoś ogarnąć. Później czekało nas tylko błogie czekanie na samolot w klimatyzowanym pomieszczeniu poczekalni z wygodnymi kanapami. Szczęście było nie do opisania :)
Podsumowując całą Odyseję po Larnace, przeszyliśmy 14 kilometrów w ponad 40 stopniowym upale. Miało być o połowę mniej, ale jak to z nami bywa zawsze coś musi pójść inaczej :) Chwilami było ciężko ale z perspektywy czasu nie pamięta się już tego wysiłku i ponurych myśli, zostają tylko wspomnienia wspaniałej przygody :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz