niedziela, 24 stycznia 2016

Biskupia Kopa - Góry Opawskie (KGP) zimą

Mimo wczorajszej złej pogody jaką mieliśmy na górze Praded (więcej tutaj), wcale nie byliśmy zdemotywowani. Wręcz przeciwnie, już wyznaczyliśmy sobie nowy cel jakim jest wjechanie na niego rowerami. Jednak naszym planem na niedzielę była kolejna góra z Korony Gór Polski - Biskupia Kopa, która leży na granicy czesko-polskiej. Jej wysokość nie jest jakoś oszałamiająca, bo 890 m n.p.m., ale mimo wszystko warto ją zdobyć. 


Z miejscowości Jeseniky jechaliśmy do Zlatych Hor 25 minut. Po drodze kilka razy zatrzymywaliśmy się, żeby podziwiać rozciągające się widoki. Zresztą, nie dało się jechać zbyt szybko - prawie cały czas były ostre zakręty, dość spore zmiany wysokości i ośnieżona nawierzchnia. 



Na Biskupią Kopę można wejść zarówno od strony polskiej jak i czeskiej. Jednak my po zejściu z góry chcieliśmy jeszcze zjeść smażony ser, dlatego postanowiliśmy zacząć naszą wędrówkę właśnie w Zlatych Horach. Do wyboru mieliśmy dwa szlaki - zielony i niebieski. Ten pierwszy bardziej stromy, drugi trochę mniej (tak wywnioskowaliśmy z mapy). Z racji tego, że było ślisko, wybraliśmy ten drugi. Jednak nie mieliśmy gdzie zaparkować, więc w końcu wyszło na zielony.


Jak zawsze w polskich górach korzystaliśmy z aplikacji mapa-turystyczna.pl. Jednak tym razem albo coś było lekko nie tak, albo myśmy czegoś nie zauważyli, ale przez pierwsze 200 m kazało nam iść przez środek pola, zanim doszliśmy do szlaku. 


Przy ścieżce czekała na nas zaciekawiona owca :)


Przez prawie połowę szlaku szło się w większości bez przewyższeń. Niezbyt lubimy takie rozwiązanie, bo wtedy wiemy, że potem będzie bardzo stromo. Szlak na szczęście był przetarty - widać, że często po nim ktoś chodzi. Zdarzało nam się w Polsce, np. w górach Orlickich lub Stołowych, że szlak znikał w gęstym lesie, zupełnie zarośnięty :)


Po drodze mijamy starą budowlę, kaplicę św. Rocha z XVII wieku.





Po przejściu przez pole znajdujące się za kaplicą zaczyna się robić już bardzo stromo. Jednak śnieg jest bardziej śliski, niż nam się na początku wydawało, a w dodatku na ścieżkach leżą opadnięte liście.



Nagle ni stąd ni zowąd - wyrosła przed nami skała. A z niej - dwa drzewa !


Cały czas było biało, dookoła bezlistne (lub prawie) drzewa. Jak zawsze pod górę szliśmy w ciszy (jedynie kiedy coś mówiliśmy to "przerwa...", "napijmy się"). Dopiero na szczycie i podczas schodzenia rozwiązują nam się języki.



Myślę, że gdybyśmy byli tam podczas innej pory roku, przyszłoby to to nam o wiele łatwiej (zwłaszcza schodzenie). Z powodu dość stromego ostatniego odcinka postanowiliśmy wrócić innym szlakiem. Może kolejnym razem warto zabrać jakieś kijki, jako pomoc przez poślizgnięciem? Nie żebym narzekała! Jednak wydaje mi się, że w tych niskich górach mimo wszystko o tyle się gorzej wchodzi, bo praktycznie cała trasa wiedzie przez las. Czyli nie ma żadnych widoków, żeby odwrócić uwagę od wędrówki i od zmęczenia. Prawie cały czas myśli się "ile jeszcze?" i (mój zły nawyk) spogląda na mapę.


Szczyt zdobyliśmy w 1,5 godziny (4 km drogi). Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, znajdowała się tam wieża widokowa, z której rozpościerał się przejrzysty widok! Nie tak jak dzień wcześniej na Pradede. Po krótkim odpoczynku i podbiciu książeczek PTTK czas popodziwiać świat z góry. Bilet ulgowy tylko 2 zł!



Na szczycie ukazały się nam niesamowite widoki. Wcale nie trzeba być nie wiadomo jak wysoko, żeby było pięknie! Bardzo spodobały nam się napisy na murku, które pokazywały, jakie góry lub miasta są w daną stronę widoczne. Zobaczyliśmy nawet nieodległą od Wrocławia Ślężę. 


Ku naszemu lekkiemu sfrustrowaniu - zobaczyliśmy szczyt Pradeda i jego wieżę widokową. Z 35 km! A dzień wcześniej nie dało się jej zauważyć nawet ze 100 metrów. 



Tak jak pisałam wcześniej, na drogę powrotną wybraliśmy inny szlak - niebieski. Według naszych oczekiwań miał być mniej stromy. Jednak nie do końca taki się okazał. Czasem trzeba było zjeżdżać na butach. Zawsze Krystian robił to pierwszy a potem musiał mnie łapać :)




Szlak niebieski jest trochę dłuższy od zielonego (mniej więcej o kilometr) i zdecydowanie mniej uczęszczany. Widać to było w tych niższych partiach, jak na zdjęciach poniżej. 


Szczerze mówiąc kiedy rok temu zaznaczałam tę górę na mapie szczytów do zdobycia, myślałam, że jeszcze długo na nią nie wejdę. Jakoś nie ciągnęło mnie zupełnie w te strony. Wydawało mi się, że nie będzie interesująco, bez ładnych widoków. Nie mogłam się bardziej mylić! Rejony Zlatych Hor i Jeseników są naprawdę warte odwiedzenia. Co chwile tylko mijaliśmy tablice informacyjne o jakichś ciekawych miejscach. Aż żałowaliśmy, że mamy tylko dwa dni... 
Na pewno wrócimy w te rejony. Co za problem, skoro to tylko 100 km od Wrocławia? A droga dojazdowa jest naprawdę dobra! W dodatku nie wiem jak to możliwe, ale zaraz za Nysą co chwilę widzieliśmy siedzące na przydrożnych palach... jastrzębie :) Nie liczyliśmy ile dokładnie, ale na pewno było ich ponad 15. Raz nawet  4 w jednym momencie. 
Jestem ciekawa, jak Wy znacie te miejsca? Byliście tam kiedyś? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz